Zanim się rozsypiecie, przebiegnijcie maraton.

wtorek, 21 maja 2013

Osmia rufa



W dwóch ramach okiennych, na moim balkonie żyją murarki ogrodowe. Rozpoznałam je, mam nadzieję, poprawnie porównując środkową fotkę z ich zdjęciami.

Ruch w interesie jest ciągły - wlatuje się i wylatuje. Śmieci się pod otworkami wentylacyjnymi czyli wejściami do gniazd. Bzyczy się na wlocie zwłaszcza.

Podobno murarki nie są groźne i mogą być  bezpiecznie obserwowane przez dzieci. Gatunek ten jest doskonały w zapylaniu, a jest co zapylać na moim balkonie.Wybujały już i zakwitły dwie odmiany Clematis - Sylvia Denny i Westerplatte.

Zatem miłego zapylania murarki. W ogóle jest z wami przyjemnie, tylko proszę nie sprowadzać jakiegoś roju towarzystwa.




niedziela, 5 maja 2013

takie rzeczy na porządnym lodowisku

w pełnym brzasku nie mogąc złapać tchu
licytacja - rząd metaforyczny
brakuje mi dni, tak lubię twój fizyczny optymizm

nie pisać tylko biegać, wziąć się za pytania
nie rezygnować rano, poddawać się wieczorem
skonkretyzować wiarę zasadniczą
nie rozliczać, błyszczeć, powtarzać pytania

spać daleko od  światła
kto nie ma wiary w drobne kroki nie zrobi postępu
skoczyć na trawnik czy może chodnik
to jest podejrzenie retoryczne

pragnienie znowu musi umrzeć
tak samo dobrze taniec do gry słów
przespać wynik w czasie ostatecznym 
wyksięgować wielbicieli
mruczeć, podawać w galarecie

wzór od jutra - zbiorowa sypialnia
kto nie miał linii kredytowej
nie zna możliwości pożyczania

są rzeczy na porządnym lądowisku,
o których nie śniło się antropologom
polegliby na nich jeszcze przed przebudzeniem

sobota, 4 maja 2013

Pieczeń





- Nie rozumiem dlaczego przy stole nie odzywałaś się tak jak potrafisz, tylko siedziałaś cały czas z tym smutnym uśmiechem na twarzy. Zdajesz sobie sprawę jak mogło to być odczytane? Negatywnie. Ktoś, kto nic nie mówi, nie istnieje w tym towarzystwie. I nie można czekać aż cię wezwą do odpowiedzi, to nie jest szkółka, po prostu trzeba błysnąć w odpowiednim momencie. A ty z całym swoim obłędnym, literackim zacięciem odezwałaś się wszystkiego dwa czy trzy razy -  jak jakaś niemota. Na pytania zadane ci nie można było odpowiedzieć zwięźlej i mniej ciekawie. Więc oni pomyśleli w najlepszym razie, że nie masz nic do powiedzenia albo, że jesteś po prostu głupia. A ja opowiadałem o tobie wiele i wyszło na to, że jestem fantastą i się ekscytuję byle czym. Wyszedłem na marzyciela, który ma projekcje i wyobraża sobie coś nadzwyczajnego, gdy ma do czynienia z przeciętnością. Nawet mogłaś się wydać  ociężała umysłowo. A twoje uwagi o daniu głównym – mistrzostwo. Myślałem, że się spalę ze wstydu, gdy powiedziałaś, że nigdy nie jadłaś pieczeni, a jest zadziwiająco dobra. Ile ty masz lat? Nigdy nie jadłaś takiego dania? Śpiąca królewna. Przespałaś lata szkolne, kolonie? Nie widziałaś nigdy stołówki? A może coś brałaś, bo byłaś taka spowolniona? I czy naprawdę nie mogłaś jak wszyscy wypowiedzieć się na temat Korei, nawet odczuć nie masz? A o tych wszystkich poezjach, też zapomniałaś nagle. O tym, o czym potrafisz prawić  godzinami, aż dostajesz rumieńców. Teraz to mogło być przydatne, mogłaś pokazać się z innej strony. Chociaż dodać coś, gdy była mowa o księdzu Twardowskim. Ostatecznie oni chcieli wejść na grunt sztuki – twój grunt, a ty zaniemówiłaś? Nie mogłaś powiedzieć czegoś zabawnego, czegokolwiek? I teraz też milczysz. To jakaś demonstracja?  W ogóle cię nie rozumiem. A przecież wiem jaka jesteś. Może więc powiesz dlaczego się tak głupio zachowałaś?  Były jakieś przeszkody, coś o czym nie wiem?? Może wolisz napisać?  Pisemnie potrafisz się wyrażać lepiej.
- Nie, to zbyteczne. Myślę, że zrozumiesz – ja po prostu nie chciałam dawać się we znaki.

wtorek, 30 kwietnia 2013

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

mój pierwszy



Biegłam półmaratony w Warszawie, Paryżu, Wiedniu, Amsterdamie i Florencji. Byłam intendentką dla maratończyków w Wenecji i Tokio. Nigdzie nie widziałam takiego entuzjazmu, szczodrości i serca dla biegaczy jak w Londynie. Coś absolutnie wspaniałego, gdy zaraz za linią startu wbiega się w obstawione tłumami ulice i biegnie się prawie całą trasę wśród owacji i radosnego dopingu - takiego, który w wymienionych miastach zdarzał się chyba tylko na finiszu. Od Greenwich do Tower Bridge szpaler wiwatujących kibiców był nieprzerwany, zagęszczał się jeszcze na placach, pod kościołami, tam gdzie grały kapele i orkiestry. Muzyka świetna, dynamiczna, na żywo albo z głośników, zawsze pobudzająca do przyspieszenia. Szlagiery - ograne kompletnie, nagle brzmiały cudownie np. nostalgiczne „Take me home to the place I belong West Virginia”. I dzieciaki – na całej trasie chyba z tuzin kilkuletnich dziewczynek wrzeszczących – dasz radę! Dobrze je wychowują – na zwycięzców i to w dobrej rywalizacji - nie z innymi, ale z samym sobą. Dzieci tak pełne wiary - nie do zapomnienia. I obrazy jak w filmie - kolorowy tłum Hindusów, dalej duża grupa elegancko ubranych ludzi, która najwyraźniej wyszła z kościoła i po mszy zabrała się za kibicowanie maratończykom i jeszcze balkon pełen gości weselnych z panną młodą i kieliszkami szampana – w stanie toastu - to musiały być poprawiny, ale oni też chcieli wziąć udział w naszym festynie, naszej męce. Merry hell jak powiedział pan kierujący startami na polach Greenwich, który zapowiedział 30s ciszy dla Bostonu. Wiele myślało się o tym co się stało w Ameryce 6 dni wcześniej. Walcząc z dystansem - o tym, że ktoś w tej sytuacji mógł(by) wysadzić w powietrze, poranić i zabić, skrzywdzić - tych pięknych ludzi, którzy przyszli kibicować, a także biegaczy marzących o wyniku albo o osiągnięciu mety. Takie przejawy życia i radości nie mogą się spotykać ze śmiercią, ani przemocą. To jest nie do przyjęcia, nie do przeżycia!
Po drugiej stronie Tamizy tylko w dokach mniej ludzi, a poza tym to samo co na południowym brzegu. W tunelu hasła na balonach – "never give up", "pain is temporary" i komiczne "glory awaits". Na 23 mili  głos z  głośnika, który stwierdził, że ci ludzie mają jeszcze 3 mile do przebiegnięcia i komenda z tego powodu: „major support guys”, po której rozległ się zmasowany aplauz, dźwięki niezliczonych grzechotek, kołatek, bębnów - nie wiem czego dokładnie, ale dało czad. Od 30 km nie mogłam pojąć, że biegnę dalej, miałam niskie tętno i tylko groźnie bolały mnie nogi. Na mecie cud i moje niesłychane szczęście, zapracowane, ale niespodziewane, bo nie wierzyłam, że dam radę. Ale jak widać są dni, w które spełniają się marzenia.  Dzięki - Londynie i za Londyn.;-)

czwartek, 18 kwietnia 2013

ołówek


Składałam dziś wniosek o nowy paszport w urzędzie przy Placu Starynkiewicza. Zaskoczona pozytywnie  wylądowałam przy okienku natychmiast po wejściu, ale z nie całkiem wypełnionym formularzem.
Człowiek po prostu wnioskuje beznadziejnie - jak ostatnio czekał dwie godziny to myśli, że i teraz będzie miał dość czasu na dopiski. Jednak takie cudne bezkolejki w urzędzie się zdarzają, więc pani urzędniczka, w ogóle nie zaskoczona, cierpliwa i spolegliwa zaczęła mi wskazywać braki w formularzu - po pierwsze - daty dzisiejszej, którą następnie z pewnym niesmakiem mi podyktowała, gdy wyraziłam się - który dzisiaj?? Potem wytknęła mi jeszcze - brak miejsca urodzenia. Wpisałam Warszawę, jednocześnie orientując się, że urodziłam się na Placu Starynkiewicza,  jakieś sto metrów od tego urzędu, o czym poinformowałam urzędniczkę, trochę bez sensu, ale chyba chciałam, coś ludzkiego i nie na temat powiedzieć, nawiązać  kontakt. Co więcej - urodziłam tam jeszcze dwie córki, o czym już nie poinformowałam urzędniczki, bo co ją to mogło obchodzić. (Prawdę powiedziawszy więcej członków rodziny przyszło na świat w szpitalu na Starynkiewicza.) Nie było to oczywiście wobec procedury urzędowej kluczowe, ani nawet istotne. Istotny był skaner Hewlett-Packarda, który nie mógł zeskanować  mojego zdjęcia. Urzędniczka wyjmowała formularz wielokrotnie, przyduszała zdjęcie, wygładzała starannie, ale bez efektu. Klapa skanera nie domykała się, gdyż od mojej petenckiej strony tkwiła między nią a szkłem skanera - blokadka wykonana z ołówka. Ołówek był profesjonalnie ułożony w rogu, tak, że pokrywa nie dotykała skanowanego papieru. Zapytałam czy ołówek jest konieczny do tak wysokiej technologii. Urzędniczka odparła, że tak, gdyż skaner się strasznie grzeje, mimo klimatyzacji (!) Zaproponowałam w tej sytuacji żeby wyjęła ołówek na czas skanowania mojego zdjęcia i pozwoliła pokrywie docisnąć materiał. Wyjaśniła mi, iż takie postępowanie doprowadziłoby do roztopienia kleju i na mojej facjacie w paszporcie widniałaby szara plama. Nie poruszałam już więcej kwestii działania ołówka w skanerze, natomiast zaoferowałam inny egzemplarz zdjęcia, a nawet gotowość wypełnienia formularza od nowa, żeby urząd mógł spróbować go z nowym,  świeżo przyklejonym zdjęciem. Urzędniczka powiedziała, że może będziemy musiały zadziałać w ten sposób, ale w tym momencie skaner zaskoczył i mój wizerunek został pozyskany do dokumentacji.
Wtedy moje palce wskazujące okazały się papilarnie zniszczone i urzędniczka zażądała odcisków kciuków. Na szczęście linie na kciukach mam porządne, niezafałszowane zmywaniem, co pozwoliło mi zakończyć proces urzędowy. Gdy wstałam, ujrzałam za sobą kilkunastoosobową kolejkę. Wyszłam z urzędu lekkim, pogodnym krokiem, z nadzieją, że skaner wytrzyma zdjęcia wszystkich następnych   interesantów.